|
|
Recenzja filmu Olivera Stone'a
Przypowieść o zranionym grzeszniku
Jak zajmująco i obiektywnie opowiedzieć o człowieku, którego prawie nikt nie lubi? Po sieci krążą jego karykatury jako szympansa czy tak zwane buszyzmy, czyli kompromitujące złote myśli w rodzaju: "będziemy mieli najlepiej wykształcony naród amerykański na świecie". A to i tak nic w porównaniu z ogromem nienawiści, jaki żywi się wobec Busha w krajach islamskich, gdzie pali się kukły prezydenta w proteście przeciw polityce amerykańskiej lub całemu zachodniemu światu. Wbrew powszechnej opinii i własnym poglądom (jest zdeklarowanym demokratą) Stone postanowił jednak "wejść w buty" Busha. I chociaż w kowbojkach i ostrogach chodzi się trudno, poradził sobie z tym całkiem sprawnie.

Jeden z amerykańskich krytyków zauważył odnośnie "W.", że żyjemy w czasach, w których Hollywood reaguje na rzeczywistość z prędkością You Tube'a. W istocie, chyba nikt wcześniej nie zrobił filmu o urzędującym prezydencie. Stone odżegnuje się jednak od etykietowania filmu mianem publicystycznej bieżączki. "Ten facet zasługuje na film. On jest jak Napoleon, wielu ludzi mu uwierzyło, a konsekwencje jego błędów będziemy ponosić jeszcze długie lata" - mówił na spotkaniu w Łodzi. "W." ma być zatem przestrogą dla potomnych, przypowieścią o złych władcach i zgubnych skutkach ich ambicji i namiętności. A to już rokuje nadzieje na wielkie kino. Chociaż szansa nie jest w pełni wykorzystana.
Pierwszy z dwóch głównych wątków filmu można ująć jako opowieść o przemianie George'a Busha Juniora w Georga W. Busha. Tytułowe W. (skrót od Walker) jest symbolicznym fundamentem, na którym buduje on swoją tożsamość i odrębność od ojca. Stone, znakomity scenarzysta (laureat Oscara za scenariusz do "Midnight Express" Alana Parkera), zdołał tak naszkicować bohatera, że przez chwilę jesteśmy nawet w stanie wspierać go w jego walce - z samym sobą, z traumą braku akceptacji ze strony apodyktycznego ojca i jej skutkami - niekonsekwencją w działaniu i z alkoholizmem. Dokładnie w chwili, kiedy następuje przemiana bohatera związana z nawróceniem religijnym, nasze współczucie ustępuje jednak przerażeniu. Swoiście zrozumiane kazanie pastora opisującego Amerykę jako "kraj nawróconych grzeszników" wspieranych przez Boga, daje mu siłę do przezwyciężenia własnych słabości. A później przekonanie, że to Bóg osobiście nakazał mu marsz do Białego Domu obdarzając go bezwarunkową racją moralną i nieomylnością. Busha cechuje bowiem mentalność kowboja. W swoim manicheizmie postrzega on świat jako pojedynek dobra ze złem. W takiej zerojedynkowej rzeczywistości są tylko ci bezwzględnie dobrzy (czyli "my") i ci do szczętu źli (czyli "oni"), którym trzeba dokopać. Z boskim błogosławieństwem oczywiście. W ten sposób polityka Busha zaczyna niebezpiecznie przypominać politykę zwalczanych przez niego fanatyków religijnych.
Drugim wątkiem filmu jest próba rekonstrukcji (oparta na, jak zwykle w przypadku Stone'a, drobiazgowej dokumentacji) okoliczności podjęcia decyzji o inwazji na Irak. Prezydencka administracja ukazana jest jako grupa cyników (Cheney, Rumsfeld) bądź pół-idiotów (Condoleezza Rice), którzy popijając wymyślne drinki ze szklanek z amerykańskim godłem podejmują tragiczne dla kraju (i świata) decyzje bez żadnej publicznej debaty. Bush, zaślepiony własnym ego, daje się manipulować swoim współpracownikom, a zwłaszcza wiceprezydentowi Cheneyowi. Ten najpierw przekonuje go do zgody na "nadzwyczajne" traktowanie więźniów wmawiając mu, że wcale nie chodzi tu o tortury, a następnie jawnie naciska na rzecz inwazji na Irak a później Iran, nie ukrywając, że chodzi mu raczej o ropę, niż demokrację. Przeciwny wojnie jest jedynie sekretarz stanu Colin Powell, który pyta, dlaczego atak militarny miałby być lepszy od działań politycznych: "Jestem żołnierzem, walczyłem w Wietnamie i wiem, czym to się skończy. Nie chcę narażać na to amerykańskich obywateli". Tym samym Powell zdaje się wypowiadać poglądy samego reżysera.
Tekst pochodzi ze strony stopklatka.pl.
Autor: Łukasz Biskupski, Stopklatka.pl, 24 listopada 2008
|
|
|
| Wydarzenia |
Oliver Stone w Polsce
W niedzielę wieczorem, w kinie Bałtyk w Łodzi odbyła się polska premiera nowego filmu Olivera Stone, "W.", którego bohaterem jest odchodzący prezydent USA. Po projekcji reżyser odpowiadała na pytania studentów Szkoły Filmowej, zaproszonych gości i dziennikarzy. Premiera była prologiem nadchodzącego festiwalu Plus Camerimage. Prezentujemy fragmenty dyskusji.
Dla wszystkich, którzy interesują się twórczością Olivera Stone'a przedstawiamy fragmenty łódzkiej dyskusji.
Czemu zdecydował się Pan zrobić film o Bushu w tym momencie, kiedy on kończy już swoją kadencję a nie wcześniej?
Przede wszystkim filmowiec nie jest dziennikarzem. Moim zadaniem jest stworzenie dobrej opowieści a to trochę trwa. Zrobiłbym ten film wcześniej, gdybym mógł. Ale potrzeba było czasu, żeby pewne informacje wyszły na światło dzienne, na przykład na temat roli Cheneya albo fakt, że Bush nigdy nie skonsultował z ojcem decyzji o inwazji.
 Zresztą ludzie nie doceniają roli Busha, jego długotrwałego wpływu. Ten facet zasługuje na film nieważne czy jeszcze rządzi czy już nie. On jest jak Napoleon, wielu ludzi mu uwierzyło, a konsekwencje jego błędów będziemy ponosić jeszcze długie lata. On naprawdę był rewolucją w znaczeniu tego, czym jest Ameryka ("a revolution about what America means"), przez niego żyjemy w stanie wojennym i nic z tym nie możemy zrobić. Przez jego głupotę mamy tyle problemów finansowych i polityczych, że jeszcze długo się z nich nie wygrzebiemy. A najgorsze, że on ma tak rozbuchane ego - co starałem się pokazać w filmie - że absolutnie nie jest w stanie przyznać się do błędu.
Pańskie poprzednie filmy o prezydentach, "JFK" czy "Nixon" utrzymane były w dużo bardziej mrocznym tonie. Tu widoczny jest satyryczny nastrój. Na ile miała to być parodia?
Nie zgodziłbym się z nazywaniem tego filmu parodią. Musieliśmy ten film zrobić tak, żeby był wiarygodny. Przeprowadziliśmy mnóstwo drobiazgowych badań i wierzymy, że to, co pokazaliśmy jest prawdą. Wszystkie jego kwestie oparte są na prawdziwych wypowiedziach. Ten facet po prostu jest śmieszny i dla Amerykanów to jest właśnie bardzo smutne.
Czy może Pan powiedzieć coś o produkcji filmu?
Mieliśmy bardzo ograniczony budżet, a więc tym samym i mało czasu na zdjęcia. Nakręciliśmy wszystko w 46 dni, co uważam za duże osiągnięcie, bo przeważnie zajmuje to pół roku. Wszystkie 26 lokalizacji, nawet ogród Białego Domu, stworzyliśmy w jednym miejscu w Luizjanie. Taki pośpiech i niewielka ilość materiału ma swoje dobre i złe strony. Im więcej kręcisz, tym więcej potem musisz poddać selekcji przy montażu. Uważam, że współcześni filmowcy, rozleniwieni komfortowymi warunkami pracy, zbyt często idą na łatwiznę. Braki koncepcyjne nadrabiają metrami taśmy licząc, że pomysł przyjdzie w postprodukcji. Ja kiedy kręciłem "W." miałem w głowie zalecenia Billy'ego Wildera czy Alfreda Hitchcocka: filmy powstają w głowie, a nie w montażowni. Starałem się nie mieć pustych przebiegów i działać tak precyzyjnie, jak to możliwe.
Jakie jest według Pana społeczne oddziaływanie filmu?
Zrobiłem ten film, żeby pokazać jak grupa ludzi uprowadziła Amerykę, podjęła decyzję o inwazji na Irak bez żadnej publicznej debaty. Chciałbym, żeby ludzie pamiętali o tym, co się stało następnym razem, kiedy ktoś taki jak Bush powie: głosujcie na mnie, ja was ochronię. Żeby nie dali oszukać się drugi raz. Ale nie mam wielkich nadziei. Zrobiłem trzy filmy o Wietnamie i one nic nie dały. Ten film ma być lustrem, ale nie wierzę, że Ameryka się zmieni.
Czy George W. Bush widział film?
Nie wiem tego na pewno, ale powiedziano mi, że widział. I że mu się podobał, zwłaszcza aktor, który go zagrał.
Foto: Robert Zybert - Agencja Poligraficzno-Reklamowa Gryf, tekst pochodzi ze strony stopklatka.pl
|
|
|